piątek, 25 lipca 2014

4. Monochrome life

-Gerry, wstawaj! Już po siódmej!
-*zieew* Cooo?..
Drzwi od pokoju zamknęły się. Kurde, muszę już wstawać bo zaspałem... Zerwałem się z łóżka, poszedłem umyć zęby, chwyciłem ciuchy rozrzucone na krześle, ubrałem je i ekspresowo się 'ogarnąłem'. Zszedłem na dół by zjeść szybkie śniadanie. Mikey mruknął coś pod nosem, ale olałem to.
-To trzymajcie się chłopaki! Do zobaczenia w domu. - zawołała mama wychodząc do pracy.
Wszystko docierało do mnie z opóźnieniem. Usiadłem na krześle by i tak zaraz się zerwać i wyjść. Tak czy siak do szkoły szedłem pieszo, w tym momencie nie byłem z tego wcale zadowolony. Pewnie się spóźnię i wejdę do klasy jak ten ostatni debil. To dosyć stresujące gdy jest się gdzieś nowym, no ale raz się żyje.
***
Wchodząc do sali nie uniknąłem rozbawionych i ciekawskich spojrzeń, jednak moją uwagę niemal od razu przykuła jedna osoba. Mianowicie chłopak siedzący w 'mojej' ławce. O mało nie dostałem zawału serca, a jeżeli mnie pogoni bo to jego ławka, albo w ogóle będą jakieś nieprzyjemności, albo będzie się ze mnie nabijał... Przecież z nim nie żyję, - otrząsnąłem się - więc co mnie obchodzi jego zdanie?
-Hej, mogę? - wymusiłem uśmiech i wskazałem na wolne krzesło i zapytałem półgłosem, zważywszy na to, że to było jedyne wolne miejsce w klasie.
Chłopak uśmiechnął się i skinął głową. Kamień spadł mi z serca. Rozpakowałem plecak drżącymi dłońmi i udawałem, że słucham co mówi nauczyciel. Lekcja dłużyła się nieziemsko i czułem się bardzo nieswojo. W dodatku ten typ usiadł sobie przy oknie przez co ja musiałem zająć tą wystawioną na odstrzał stronę ławki. Nienawidzę tak siedzieć. Ale on wydawał się jakby nieobecny. Przesuwał niewidzącym wzrokiem po horyzontach, których nie było mi dane dostrzec. Niosący się po korytarzach dźwięk dzwonka brzmiał dla mnie jak zbawienie.
***
Odetchnąłem z ulgą i oparłem się o ścianę. Miałem wrażenie jakby każdy się na mnie gapił, wyśmiewał mnie i obgadywał. Marzyłem o tym żeby znaleźć się w domu. Ale nie w tym nowym domu tylko w  n a s z y m  starym domu, którego każdy zakamarek był mi dobrze znany, zapach pomieszczeń, skrzypnięcie każdej deski w podłodze. Nawet ta chora stara szkoła była lepsza od tej. Przynajmniej wszystko było dla mnie jasne i wiedziałem gdzie jest moje miejsca - w zasadzie to nigdzie. Wszystko dobrze wiedziałem. A tutaj? Tutaj nawet nie wiem czy oberwę, kiedy i za co.
Po dzwonku ruszyłem szukać klasy w której miałem mieć zajęcia. Korytarze tej budowli wydawały się niesamowicie długie, ciemne i nieprzyjazne jak w jakimś starym dworku, czy pałacu. A ogromne okna nie dające zbyt wiele światła ze względu na ich ilość i rozmieszczenie wyglądały jak jedyna droga ucieczki z tego upiornego miejsca. Szedłem szybko, podenerwowany tym wszystkim aż w końcu w coś przywaliłem. Zeszyt, szkicownik i książka wypadły z moich rąk, miałem wrażenie, jakby trwało to całe wieki. Spojrzałem na swoją przeszkodę - był nią niziutki brunet, z którym siedziałem na Francuskim. Z tej perspektywy był na prawdę mały.
-Przepraszam, pomogę tobie. - Powiedział lekko zmieszany i schyliliśmy się po rzeczy w tym samym momencie. - Ładnie rysujesz. - Zauważył podnosząc nieszczęśliwie otwarty szkicownik.
-Ehm, dzięki... Muszę już lecieć. Szukam klasy.
-Okej i sorki za to zderzenie. - Zaśmiał się i poszedł w swoją stronę.
Nawet się nie przedstawiłem, co on sobie o mnie pomyśli. Niee, przecież nie jest mi to do niczego potrzebne. No ale przecież siedzę z nim w ławce na jednej lekcji. Moje chore rozważania przerwał głos nauczyciela.
***
Idąc do domu czułem ulgę, że nic złego się jak na razie nie dzieje i jest spokojnie. Aż dziwne. Może ja po prostu jestem już tak bardzo przewrażliwiony i źle nastawiony do całej ludzkości...
Wiatr lekko podrywał liście z ziemi a ja zmęczony powłóczę nogami. Do domu. Ziewnąłem. Ostatnio jestem wiecznie zmęczony.
Nagle poczułem silne pchnięcie w plecy i usłyszałem jakieś głosy za sobą.
-Patrz gdzie leziesz cioto.
Obróciłem się wystraszony spodziewając się, że słowa skierowane były do mnie. Jednak to co zobaczyłem to była zupełnie inna scena. Wyraz twarzy niewysokiego bruneta wyraźnie dawał mi do zrozumienia, że lepiej stąd spieprzać. Jakaś grupka osiłków najwyraźniej nie specjalnie za nim przepadała. Zupełnie nie wiedziałem co zrobić. Jeśli teraz ucieknę to będzie nie fair, nie chce potem świecić oczami przed kolesiem. A jeżeli się w to wpakuję to mogę mieć nieźle przesrane.
-Zostawcie go. - Mój głos zabrzmiał dziwnie obco. Na chwilę zapadła cisza, a chwila zdawała się trwać wieki.
-Coś mówiłeś? - Zapytał drwiąco wysoki blondyn. Z lekka napakowany.
-Dajcie mu spokój. - Powiedziałem stanowczo. Nie mam pojęcia skąd nagle taki przypływ odwagi, lub raczej głupoty. Chyba nie myślałem za wiele nad tym co robię.
Zaczęli się śmiać, rzucili kilka wyzwisk i na odchodne jeden z nich popchnął jeszcze raz bruneta, jakby miał za mało miejsca żeby przejść.
Byłem w szoku, powoli zaczynałem szykować się na wpierdziel a tu nic. Po prostu sobie poszli. Zatkało mnie, stałem z wielkimi oczami patrząc w kierunku w którym odeszli, a z oszołomienia wyrwał mnie odległy, cichy głos.
-Dzięki. - Popatrzył mi chwilę oczy po czym skierował wzrok na swoje trampki - To było odważne. David i jego koledzy to ludzie, którym raczej nikt się nie sprzeciwia.
-Ehm... Chyba rozumiem. Znaczy... Nie ma za co. - Zdobyłem się na niepewny uśmiech. - Myślę, że każdy postąpiłby tak na moim miejscu.
Moje słowa chyba nie miały sensu, trochę się poplątałem.
-Tak w ogóle to jestem Frank. - Uśmiechnął się niewysoki brunet.
-Gerard. - Wyjąkałem - Jestem Gerard.
Przez chwilę panowała dziwna cisza. Wiatr zarzucał mu ciemną grzywkę na twarz, a jego oczy lśniły złotem w promieniach słońca. Był bardzo blady jak na chłopaka z tych okolic.
-Chyba powinienem już iść. Ale jeżeli nie masz nic przeciwko, to wpadnę do ciebie później.
-Okej, wpadnij. - Wypaliłem.
Chłopak uśmiechnął się i machnął ręką na pożegnanie. Zaczął już odchodzić, kiedy nagle coś sobie uświadomiłem.
-Ale nie wiesz nawet gdzie mieszkam! - Krzyknąłem do niego.
-Wiem, jesteś tutaj nowy.